Minął weekend. Spędziliśmy dwa dni bez nart. Całą sobotę siedzieliśmy w domu, bez możliwości wystawienia nosa na pole (tak się tutaj mówi) z powodu deszczu. W zamian działaliśmy pod dachem wypełniając cały czas zabawami, grami, piosenkami, konkursami itd. Niedziela przyniosła ochłodzenie i nareszcie przyszedł oczekiwany moment zabaw na śniegu. Cala grupa, niezależnie od wieku osobników, dosłownie szalała tarzając się w śniegu, turlając z górki, ryjąc w zaspach tunele, czołgając się i obrzucając śnieżkami. Nasza rola ograniczała się do pilnowania granic bezpieczeństwa zabawy i suszenia ubrań po wszystkim. Inwencja dzieci zastąpiła wszelkie zorganizowane formy. W takich chwilach widać, jak nieprawdopodobna jest potrzeba ruchu.
Był też wieczór legend przy lampie naftowej, układanie piosenki na przywitanie Kamila (dodatkowego opiekuna, który wesprze nas od poniedziałku), kościół dla chętnych i filmy. Mieliśmy nadzieję, że taka ilość wspólnych działań przełamie problemy z dopasowaniem się najmłodszych dziewczynek do siebie. Pomijając tę właśnie część naszego obozu, pozostali stworzyli już fajny zespół. Potrafią się świetnie dogadać i razem bawić. Małe dziewczynki wciąż rywalizują między sobą, próbują się dziobać na każdym kroku, szukać winnych w sytuacji, gdy winnych nie ma. Jedynym sposobem jest stała obecność opiekuna pomiędzy nimi. Zaryzykuję stwierdzenie, że jeszcze nie mieliśmy takiej sytuacji. Powoli zaczynamy rozgryzać ten supeł i rozumieć mechanizmy ale wydaje się, że materia robi wszystko aby się nie poddać.
niedziela, 3 lutego 2013
Niedziela!!! (znaczy- nie działać)
Rano
obudziliśmy się wyspani... o 9:00. zjedliśmy przepyszną jajecznicę i poszliśmy
robić generalne porządki.
Po komisji która dała mi jakimś cudem 4 na 5
dowiedzieliśmy się o wyjściu na dwór... Paradoksalnie było dość ciepło.
Najpierw odbyła się wielka walka na śnieżki w której natarłem śniegiem Zajączki
a one we dwie prawie mnie nie zabiły śnieżkami. Wszyscy zjeżdżali na sankach i
bawili się w śniegu, potem wróciliśmy lekko zmarznięci do domu i układaliśmy
piosenkę dla pana Kamila, który przyjeżdża do nas jutro. Na obiad jedliśmy
rosół i smacznego kurczaka. Po obiedzie kończyliśmy Kamilowy song. Następnie
pan Erwin opowiadał, przy lampie naftowej, o bajkach i legendach Odrzykonia.
Po tych strasznych i zadziwiających
opowieściach poszliśmy zjeść kolację, czyli tosty z seremi sałatkę . Po kolacji oglądaliśmy film- Kubuś
Puchatka i Hefalumpy... a następnie poszliśmy słodko spać. <3 o:p="">3>
Auto:
Zajączeki i Kuboleusz :D
Sobota 2 II 2013
Pogoda trochę niezimowa do nas zawitała. Było mokro, padał deszcz. Zastosowaliśmy wyjście awaryjne czyli film przed południem. A po obiedzie już zwykły tor,czyli gimnastyka w grupach.
Zajęcia prowadził Pan Łukasz a terapię Pani Zosia.
Odwiedzili nas rodzice Ani.
Wieczorem była dyskoteka.
Czekamy na jutrzejszy śnieg!
Zajęcia prowadził Pan Łukasz a terapię Pani Zosia.
Odwiedzili nas rodzice Ani.
Wieczorem była dyskoteka.
Czekamy na jutrzejszy śnieg!
sobota, 2 lutego 2013
piątek, 1 lutego 2013
Wpis niezależny.
Ten dzień na
pewno można uznać za udany... wczesnym porankiem jak zwykle obudziła nas pani
Marysia. Po smakowitym śniadaniu ruszyliśmy dziarsko na stok. Na nartach było dość zabawnie... Zajączki zaliczyły
kilka gleb, a Kuboleusz i jego kompania krasnoludów skakali sobie z
HOPKI. Ze stoku od razu pojechaliśmy do Piekła, a największe dziwolągi z chyżym pląsem udały się do gabinetu. Na
kolacje wszamaliśmy pizzę oraz tosty radzieckie. Po jedzeniu zagraliśmy w
kalambury. Było tak zabawnie ze , wszyscy śmialismy do rozpuku. Niestety
podczas tej zabawy niektórzy dziwnym trafem pouciekali . Tak więc dzień
był wielce udany...
Autor: Zajączki, Kuboleusz
Szósty dzień, piątek 1 lutego
Dzisiaj zakończył się pierwszy etap naszego kursu narciarskiego (i snowboardowego). Wszyscy uczestnicy poruszają się samodzielnie, pewnie i bezpiecznie. Dzięki temu postanowiliśmy zmienić stok. Do tej pory korzystaliśmy z ośrodka Kiczera w Puławach koło Rymanowa. Teraz będziemy jeździć w Czarnorzekach. Czarnorzeki to wieś sąsiadująca z Odrzykoniem, w której od wielu lat funkcjonował wyciąg orczykowy. W ubiegłym roku został zmodernizowany, wyposażony w instalację do naśnieżania i oświetlenie. W ten sposób stał się dla nas interesującą alternatywą, przede wszystkim dzięki położeniu w niewielkiej odległości od naszego domu. Ma jednak jedną poważną wadę - nie nadaje się do nauki, brakuje mu płaskiego kawałka "oślej łączki", gdzie można by stawiać pierwsze kroki na nartach. Ale dla nas to już bez znaczenia. Wszyscy dadzą sobie radę. Warto wspomnieć o wielkiej zalecie tego miejsca - absolutny brak ludzi w tygodniu. Spodziewam się, że będziemy sami. Jutro wybieramy się tam z grupką chętnych na rekonesans, a od poniedziałku wszyscy. Weekend poświęcimy na odpoczynek i zabawy koło domu. Odwilż chyba przetrzymaliśmy i znów ma padać śnieg.
Dzisiejszy dzień przyniósł nam trochę emocji dzięki atakowi duszności jednej z dziewczynek. Samo w sobie niegroźne wydarzenie uruchomiło łańcuch, którego ostatnim ogniwem był lot śmigłowcem do szpitala w Krośnie. Koleżanka jest już z nami i niektórzy trochę jej zazdroszczą tego śmigłowca. Swoją drogą, przy ogólnej niewydolności służby zdrowia, nasze dzisiejsze doświadczenie jest bardzo pozytywne. Począwszy od ratowników na stoku, przez załogę śmigłowca, na personelu szpitalnym kończąc.
Poruszę jeszcze temat telefonów posiadanych przez dzieci. Mamy zasadę zbierania ich o godz. 22.00 i oddawania rano. Przez cały dzień dzieci mogą z nich korzystać i nie wnikamy, aczkolwiek sugerujemy aby nie brać ich na zajęcia z oczywistych względów. Zatem, jeśli dziecko nie odbiera, to może po prostu nie ma telefonu z sobą, albo o nim zapomniało, rozładował się i leży w koszyku niepotrzebny. W razie problemów z kontaktem, prosimy korzystać z naszych numerów komórkowych.
Dzisiejszy dzień przyniósł nam trochę emocji dzięki atakowi duszności jednej z dziewczynek. Samo w sobie niegroźne wydarzenie uruchomiło łańcuch, którego ostatnim ogniwem był lot śmigłowcem do szpitala w Krośnie. Koleżanka jest już z nami i niektórzy trochę jej zazdroszczą tego śmigłowca. Swoją drogą, przy ogólnej niewydolności służby zdrowia, nasze dzisiejsze doświadczenie jest bardzo pozytywne. Począwszy od ratowników na stoku, przez załogę śmigłowca, na personelu szpitalnym kończąc.
Poruszę jeszcze temat telefonów posiadanych przez dzieci. Mamy zasadę zbierania ich o godz. 22.00 i oddawania rano. Przez cały dzień dzieci mogą z nich korzystać i nie wnikamy, aczkolwiek sugerujemy aby nie brać ich na zajęcia z oczywistych względów. Zatem, jeśli dziecko nie odbiera, to może po prostu nie ma telefonu z sobą, albo o nim zapomniało, rozładował się i leży w koszyku niepotrzebny. W razie problemów z kontaktem, prosimy korzystać z naszych numerów komórkowych.
czwartek, 31 stycznia 2013
Piąty dzień, czwartek 31 stycznia
Pisząc o trzech cierpiących duszyczkach, z którymi nikt nie chce się bawić, nie przypuszczałem, że zjawisko się rozwinie i będzie dotyczyć już pięciu osób. To zmusza mnie do refleksji, czy na pewno dobrze zrozumiałem sytuację. Skoro obok siebie siedzi kilka osób i rozpacza, że nie mają bratniej duszy. Jednocześnie, np.Janek jest stałym bywalcem wszystkich pokojów, wszędzie zagada, pogra, coś wymyśli i bawi się świetnie. Wczorajszy wieczór upłynął na próbie rozgryzienia wszystkich problemów i znalezieniu sposobu na ich zlikwidowanie. Czytanie bajek i zabawianie na inne sposoby zakończyło się dopiero o 22.30, kiedy całe towarzystwo zasnęło.
Nasz dzień jest bardzo intensywny. Od pobudki o 8.00, w szybkim tempie następują po sobie: mycie, ubieranie, śniadanie, sprzątanie, sprawdzanie porządków, ubieranie na narty, wyjazd na zajęcia, narty, przerwa na drugie śniadanie. narty, powrót do domu, obiad, cisza poobiednia, gimnastyka w dwóch grupach, chwila dla siebie, kolacja, wspólne zabawy, mycie i dzień kończy się ciszą nocną o 22.00. A jeszcze dla kilku osób należy dopisać dwugodzinne zajęcia rehabilitacyjne, bez rezygnowania z innych punktów. Niewiele jest czasu, w którym dajemy dzieciom spokój. Myślę, że około 1.5 godziny dziennie. A bywa też, że ingerujemy w ten czas, organizując coś, jak to miało miejsce wczoraj.
Wiele razy już pisałem na blogu o teście "dojrzałości społecznej" naszych dzieci, którym jest faktycznie obóz. Ta dojrzałość jest weryfikowana nie w relacjach z opiekunami (my sobie radzimy), a w odnalezieniu się w grupie. I nie ma żadnej reguły porządkującej ten proces. Każde dziecko jest inne, każda grupa jest inna i każda sytuacja jest inna. W takich warunkach dzieci uczą się obrony swoich racji, ustępstw wobec innych, współpracy, tolerancji i tysiąca innych zachowań. I najnormalniejszą w świecie jest sytuacja, kiedy dwa małe "Pępki Świata" wejdą sobie w drogę i ciągną jedną lalkę za włosy, każdy w swoją stronę. Kompromis zawsze następuje.
Moje wpisy są zazwyczaj inspirowane wydarzeniami dnia i jeśli ktoś to czyta, to być może nawet zauważył, że zdarza mi się zasnąć podczas - to oznacza, że nic specjalnego nie zaszło. Pisząc - wydarzenia - nie myślę o mielonych (dzisiaj była pizza na obiad) tylko o czymś, co mnie zastanowiło i uznałem za ważne.
Sposób widzenia świata przez dzieci jest inny niż nasz. Błahe wydarzenia rozrastają się, a ważne nie są nawet zauważone. Inny jest świat wartości. Jeśli w tym świecie dwoje dzieci zrobi sobie przykrość, to dochodzi do prawdziwej, olbrzymiej tragedii. Tylko, że ta tragedia trwa równie krótko, jak jest wielka. Otrzymujemy telefony od rodziców z prośbą o interwencję i wyjaśnienie sprawy, zaczynamy zatem działać i delikatnie wnikamy w temat. Często okazuje się, że tematu już nie ma, albo jego waga jest nieadekwatna do pozorów, jakimi obrósł. Skrzywdzone dziecko ucieka do szalupy ratunkowej, którą jest telefon. Aby zobrazować mechanizm działania, opiszę (nie po raz pierwszy) sytuację, kiedy zadzwoniła mama prosząc o sprawdzenie co się stało jej synkowi, bo podczas gry w piłkę został kopnięty i boli go noga. Szalupa ratunkowa okazała się dziurawa. Proces adaptacji został odbity w siną dal. Ostatecznie to przecież my musieliśmy dmuchać na bolącą nogę i głaskać po głowie. Telefon to wspaniałe narzędzie i wszyscy rozsądni rodzice nie raz zgadzali się z moimi spostrzeżeniami.
Nasze doświadczenie w pracy z dziećmi jest specyficzne. Po etapie mojej pracy w szkole, a żony w szpitalu, postanowiliśmy w zarysach robić to, czym się właśnie zajmujemy. Poznajemy dzieci obserwując je podczas zabawy, zajęć, wycieczek, jedzenia, snu, czasem gdy są chore. Poznajemy je też w sytuacjach, w jakich nigdy nie widzą ich rodzice. Im więcej zbieramy doświadczeń, tym bardziej rozumiemy, jak duży jest wciąż obszar do poznania. Uff!!!!
Podobno któryś z uczestników też wziął się za pisanie bloga - może będzie o pizzy. Jedzenie to ulubiony temat pytań zadawanych przez babcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)