piątek, 26 sierpnia 2011


Dwunasty i trzynasty dzień, 25-26 sierpnia.
Końcówka turnusu. Spędziliśmy ją na miejscu chroniąc się przed żarem z nieba. Basen, siatkówka, tańce wraz z końcowym pokazem, gimnastyka wraz z końcowymi testami, zdjęciami i omówieniem postępów. Późnym wieczorem jakiś film w najchłodniejszym (oprócz piwnicy) miejscu domu, jakim jest sala gimnastyczna usytuowana od północnego zachodu budynku. I tak mamy znacznie chłodniej niż w mieście dzięki sąsiedztwu lasu. Dodatkowo usytuowanie domu sprawia, że jeśli wieje chociaż trochę, to właśnie u nas. To z kolei „zasługa” Przełęczy Dukielskiej – najniższego miejsca w grzbiecie Karpat. Wiatr korzysta z tego korytarza do woli. Latem, jak teraz, przynosi ulgę, lecz zimą czasem daje się we znaki.
Kończymy zatem i czas wracać do pracy, nauki, domowych spraw. Dla nas najbliższe dni będą oznaczać zmianę trybu życia na spokojniejszy, ale na pewno nie leniwy. Musimy zlikwidować zaległości, których nagromadziło się sporo. Jutro rano podjedzie bus i zakończy się ostatni turnus.
Zamrażamy zatem bloga do zimy i uaktywnimy się w pierwszym dniu obozu narciarskiego.

środa, 24 sierpnia 2011

Jedenasty dzień, środa 24 sierpnia 2011
Ruszamy się coraz wolniej, pijemy coraz więcej, siedzimy w basenie z małymi przerwami, śpimy (niektórzy) w namiotach, jemy lody kilka razy dziennie. Ale to i tak nie pomaga na upał. Chyba chcemy żeby nie pomagało. Za tydzień przyjdą chłodniejsze dni i będziemy tęsknić za gorącem, które tymczasem będzie w drodze do ciepłych krajów. Wypowiadam się w liczbie mnogiej biorąc na siebie domyślnie preferencje większości. A teraz w moim imieniu powiem, że MAM DOŚĆ TEGO GORĄCA!!! Nie mogę doczekać się krótkich dni, ciepłego pieca, pakowania plecaka, narciarskich wędrówek, mrozu na policzkach. Moje credo to – aby do zimy! Lato jest dla mięczaków.
Dzisiejszy wyjazd do Krosna nie był może najlepszym pomysłem w taki upał, ale to jedyny termin, jaki mieliśmy możliwość zarezerwować w studiu nagrań. Kilkanaście osób dokonało próby nagrania piosenek w profesjonalnych warunkach. Własnoustnie wykonana pamiątka – pochwalić za chcenie. A będąc w Krośnie, można było wydać resztki pozostałych po Iwoniczu pieniędzy, zjeść jeszcze jednego loda, nie iść do muzeum, pooddychać wakacyjną atmosferą prowincjonalnego, podgórskiego miasteczka.
Tańce w wodzie to już norma i przedziwne zjawisko, na widok którego człowiek odruchowo się uśmiecha. Powinienem napisać o biwaku, który odbył się ostatniej nocy. W odległości około kilometra od domu, w lesie zabiwakowała starsza połowa naszych obozowiczów. Było ciepło, bezkomarowo, spokojnie, ogniskowo, bezsennie z powodów socjalnych. Powinni dzisiaj paść do łóżek. Pewnie mnie zaskoczą i nie padną, z powodów jak wyżej.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Dziesiąty dzień, wtorek 23 sierpnia

Okolice Odrzykonia i Krosna obfitują w interesujące miejsca. Jednym z nich jest Iwonicz Zdrój – miasteczko założone jako uzdrowisko w XIX wieku. Położone wśród gór Beskidu Niskiego ma swój klimat. Wprawdzie nie wytrzymał bym tam dłużej niż kilka godzin, gdyż nie jestem typem „kuracjusza”, ale lubię to miejsce raz na jakiś czas odwiedzić. Dzisiaj byliśmy w Iwoniczu z całą naszą grupą. Nareszcie, po wielu dniach braku możliwości, w końcu można było wejść do sklepu i wydać pieniądze. Oprócz sklepów udało się zauważyć kilka ciekawych obiektów m.in. pijalnię wód, skocznie narciarskie, Bełkotkę – gazujące źródło. A po powrocie do domu stały schemat – gimnastyka i tańce (znowu w wodzie). Wieczorem, po kolacji grupa starszych „kolonistów” wybrała się na obiecany biwak. Zabrali namioty, śpiwory, jakieś zapasy i poszli do lasu. Wrócą rano, na śniadanie. Jest tak gorąco, że można spać pod gołym niebem bez namiotu. Jest jednak pewne „ale” – komary, których ilość stale rośnie. Odkryłem pewną regułę. Komary znajdują się jedynie w dolnej warstwie, do dwóch metrów nad ziemią, powyżej ich nie ma. Dzięki moskitierom w oknach, w domu nie są uciążliwe.
Zieleń wokół domu już nie jest taka soczysta jak ostatnio. Na czubkach buków coś zaczyna się żółcić a czereśnie dostają czerwonej poświaty. Czyżby lato chyliło się ku jesieni?

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Ósmy i dziewiąty dzień w Piekle, 21-22.08.
W niedzielę staramy się odpocząć, wobec czego nie ma zajęć . To znaczy są ale inne niż co dzień. Nazwijmy je „ratunkowe”, czyli staramy się zająć czas osobnikom nudzącym się i nie potrafiącym samemu wykorzystać wolnych godzin. Nie było żadnych męczących ćwiczeń, pieszych wycieczek itp. Dla większości niedziela była dniem plażowym. Z ciekawszych wydarzeń należy odnotować lokalną, udaną próbę bicia rekordu ilości gitar grających jednocześnie Hey Joe Hendrixa . Jeśli dobrze policzyłem, było pięć gitar, banjo i kontrabas. Jak na nasze wyludnione Piekło to niezły wynik.
Przyplątał nam się jakiś wirus, prawdopodobnie przywieziony skądś do Piekła. Pierwsze zareagowały moje osobiste dzieci a później kilkoro wspólnych. Objawia się bólem gardła, czasem kaszlem i w dwóch przypadkach, nieznacznie podwyższoną temperaturą. Dzisiaj mieliśmy chyba (oby) apogeum zjawiska.
Kilku chłopców spało tej nocy w namiotach – przeżyli.
Nareszcie upały pozwalają cieszyć się prawdziwie wakacyjną atmosferą. Poniedziałkowe zajęcia tańca odbyły się częściowo w wodzie (waterrobic?), podobnie jak powrót z wycieczki do Odrzykonia. Niektórzy wskakiwali do basenu w ubraniach, chłodząc się po męczącym podejściu na naszą górę. Może powinienem wspomnieć, że dom stoi sobie daleko poza wsią, samotnie, w miejscu, gdzie nikt nie chciał mieszkać i tylko bieda zmuszała ludzi do takich decyzji. Kiedy tylko nadarzała się okazja, mieszkańcy uciekali na dół, gdzie łatwiej było żyć. Dalej tak robią, chociaż ci, którzy zostali odchodzą z Piekła idąc zazwyczaj w swoją ostatnią drogę. Młodzi dawno zwiali. Jedynym wyjątkiem w tym zjawisku jest nasza rodzina, która obecnie stanowi blisko połowę mieszkańców przysiółka. Jedyne od wielu lat dzieci, które się tu urodziły, to nasze dzieci. Dla nas to miejsce nie jest zsyłką a najpiękniejszą wyspą wśród świata, jaki wszyscy dobrze znamy. Jeśli przebywające tutaj dzieci zauważą chociaż niewielki kawałek tej „wyjątkowości”, chcą zazwyczaj wracać i zdarzało się już, że potrafiły wprost powiedzieć, że w przyszłości chciałyby mieszkać w takim miejscu (pozdrowienia dla Janka „Kreta” Rosnera i Adasia Buśko!). Odbiegłem od głównego wątku, którym było męczące podejście pod górę – w takim momencie łatwo zrozumieć motywację tych co się wyprowadzili. Celem wycieczki były kapliczki odrzykońskie, których jest mnóstwo a każda ma swoją historię, sens i intencję postawienia. Z zebranych materiałów spróbujemy zrobić albumik.