Dzień trzeci.
Rano było śniadanie, po śniadaniu chłopcy poszli tańczyć (tańczą tańce nowoczesne), kilka starszych dziewczyn, które postanowiły pójść do grillowni z zamiarem malowania na szkle, rysowały na papierze, a małe dziewczynki kąpały się w basenie, na co nie mogłam patrzeć, bo woda miała tylko 25 stopni! Na poprzednim turnusie temperatura dochodziła do 29 stopni.
Jak można się kąpać w tak zimnej wodzie?
Po drugim śniadaniu role się odwróciły – my poszłyśmy tańczyć (tańczymy tańce towarzyskie), a chłopcy poszli robić całą masę różnych innych rzeczy.
Co tu dużo pisać… tak było do obiadu.
Na obiad były naleśniki lub gołąbki, jak kto wolał. Ja wolałam – jestem jedyną dziewczyną na świecie, która nie lubi jeść słodkich rzeczy, więc pałaszowałam gołąbki, patrząc bez krzty zrozumienia na tych, którzy zajadali się naleśnikami na słodko. Później była przerwa poobiednia, więc poszliśmy na trawę odpoczywać po wysiłku, jakim było wtrząchnięcie naleśników i po czystej przyjemności, jaką było delektowanie się subtelnym smakiem gołąbków. Inni, jako aktywni obozowicze, rozmawiali ze sobą na kocach lub grali w piłkarzy ki, ja jako naczelny leń pierwszej kategorii i ostatni nierób odrzykońskich turnusów wszech czasów wgramoliłam się na domek na drzewie, prostacko zajęłam go maluchom, które i tak się do niego nie wybierały, i przez godzinę udawałam, że mnie tam nie ma. Ale to nikogo nie obchodzi, wiem….
Potem były ćwiczenia a po ćwiczeniach był podwieczorek. A przed podwieczorkiem zaczęło lać. I to znienacka – godzina 16.57, nie ma deszczu, godzina 16.58, jest deszcz.
No i zaczęło lać. I lało, lało, lało, laaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa….. Aż przestało. Też znienacka – 17.10, jest deszcz, 17.11, nie ma go. Padał krótko, ale bardzo intensywnie. Trudno było zobaczyć cokolwiek poprzez szarą ścianę deszczu. Jakby Pan Bóg basen przez sito opróżniał. Przepraszam, może tu są ateiści…
Przestało padać akurat, gdy skończył się podwieczorek. Po podwieczorku małe dzieci poszły na ćwiczenia, a duże na piłkarzy ki (jeżeli to kogoś interesuje – ja nie poszłam. Postanowiłam pobiegać po okolicy, i spotkałam wielkiego, brązowego zająca i młodego koziołka, które przebiegły mi drogę 2 metry przed moim nosem). Deszcz ma same zalety – powietrze po nim jest tak świeże, że aż chce się oddychać. Tylko lepiej z tym oddychaniem nie przesadzać, bo może zakręcić się w głowie, można upaść, trafić skronią na ostry, specjalnie wyprofilowany kamulec i umrzeć. Jak to ze wszystkim na tym świecie trzeba uważać…
Potem była kolacja (Jezus Maria hamburgery!), a po kolacji było karaoke na sali gimnastycznej (we will we will rock you!), na które nie poszłam, ale nic nie szkodzi, bo muzykę słychać było nawet w tym pokoju na samej górze, w którym jest komputer i w którym siedzę teraz. Nie wiem, czy to kogoś interesuje, ale nie lubię śpiewać, chociaż umiem robić to w stopniu mistrzowskim, oczywiście, jak nie potrafi nikt inny w promieniu 54 678 km i 98 metrów. Nikogo to nie interesuje? Ok…
Teraz mamy dwudziestą trzecią minut trzynaście, i napisałabym coś jeszcze, ale może to już jutro.
Dobranoc, Alina.
sobota, 7 sierpnia 2010
piątek, 6 sierpnia 2010
Dzień pierwszy i drugi.
Przedstawię się. Mam na imię Alina, mam siedemnaście lat, jestem uczestniczką obozu, o którym Państwo właśnie czytają. Jestem tu już czwarty raz, a jeszcze mi mało. Wiem, ze to brzmi jak wazelina czy zgrabny marketing, ale to czysta prawda. A teraz gwóźdź programu – właściwa treść tego bloga:
Po wczorajszej długiej podróży wszyscy mali obozowicze postanowili położyć się wcześnie spać, więc nic dziwnego, że dziś wszyscy obudzili się wypoczęci. Rano przy śniadaniu panowała bardzo wesoła i luźna atmosfera, biorąc pod uwagę, że integracja miała rozpocząć się dopiero później. Potem przeszliśmy do omawiania regulaminu obozu, co poszło szybko i sprawnie, bo nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać, że nie wolno wywieszać kolegi przez balkon nogami do góry, ani tym bardziej popełniać innych faux pas. Po śniadaniu, jako że mieszkamy w kraju katolickim, poszliśmy się integrować pod pobliską kapliczkę. Tam zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na naszą klasę, a także dowiedzieliśmy się, skąd się wzięła nazwa ,,Odrzykoń”. Następnie ruszyliśmy w głąb lasu, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, a także na to, by otrzymać sporą porcję wiedzy prosto z ust rasowego leśniczego. Dowiedzieliśmy się, jakie zwierzęta można spotkać w Bieszczadach (na przykład psy, mrówki i ludzi), a także jak można odróżnić niedźwiedzia od sarny.
Po drugim śniadaniu poszliśmy na boisko dalej się integrować, choć i bez zabaw integracyjnych nieźle dawaliśmy sobie radę. Po obiedzie, na którym była pizza (a trzeba wiedzieć, że dzień, w którym na obiad podawana jest pizza, jest najbardziej wyczekiwanym i najświętszym dniem ze wszystkich dni całego turnusu), poszliśmy tańcować. Nie ma to jak porcja pozytywnej energii w taki dzień, jak ten. Jest dość chłodno, ale po dwóch tygodniach upałów taka pogoda jest jak manna z nieba.
Wieczorem, po kolacji, urządziliśmy najfajniejszą rzecz, jaką może urządzić sobie osiemnastka dzieci i ich opiekunowie, będąc o zmroku w Bieszczadach – ognisko. Gitara, gitarzysta, kiełbaski, no i telewizor made by matka natura – wielki, buchający ogień, w który człowiek wpatruje się już od kilkunastu tysięcy lat, i wszystko wskazuje na to, że nie jest już w stanie się tego oduczyć.
No i bardzo dobrze. Ognisko to fajna rzecz.
Ognisko i wszystko, co z nim związane – przyśpiewki (chłooopy starzeeeją sięęę!), smak zwęglonych do nieprzyzwoitości kiełbasek, widok siedemnastu spojrzeń wpatrzonych w te same, rozżarzone węgielki, w które i my się wpatrujemy, no i ta fantastyczna atmosfera, jakiej nie da żadne play station.
Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie wiem, nigdy nie grałam na czymś takim.
A teraz wszyscy już śpią, wyczerpani tyloma wydarzeniami drugiego dnia obozu w Odrzykoniu. A to przecież dopiero początek.
Dobranoc. Alina.
Przedstawię się, mam na imię Erwin, mam pięćdziesiąt jeden lat i organizuję te obozy, o których Państwo właśnie czytają.
Po trzech turnusach wypełnionych pracą i pisaniem bloga po nocach, wpadłem na pomysł – oczywiście genialny – przekażę pisanie uczestnikom, a konkretnie Alinie (być może ktoś dołączy do pomocy). Jak się Państwu podoba jej pierwszy tekst?
Dla dzieci dzisiejszy dzień zakończył się ogniskiem, a dla nas, niestety, podjęciem decyzji o odwiezieniu jednego z uczestników do domu. W czasie kiedy piszę, jego tato jedzie w naszą stronę. Musieliśmy tak zdecydować dla dobra jego i wszystkich. Rzadki to przypadek , ale już kiedyś też miał miejsce. Już chyba wszystko miało miejsce w ciągu prawie dwudziestu lat naszej pracy z dziećmi.
PS. Witam i ja, mam na imię Zuzia, mam 27 lat i chciałam powiedzieć, że jest "letki" problem techniczny i zdjęcia pojawią się z opóźnieniem ( mam nadzieję, że małym ;))
Po wczorajszej długiej podróży wszyscy mali obozowicze postanowili położyć się wcześnie spać, więc nic dziwnego, że dziś wszyscy obudzili się wypoczęci. Rano przy śniadaniu panowała bardzo wesoła i luźna atmosfera, biorąc pod uwagę, że integracja miała rozpocząć się dopiero później. Potem przeszliśmy do omawiania regulaminu obozu, co poszło szybko i sprawnie, bo nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać, że nie wolno wywieszać kolegi przez balkon nogami do góry, ani tym bardziej popełniać innych faux pas. Po śniadaniu, jako że mieszkamy w kraju katolickim, poszliśmy się integrować pod pobliską kapliczkę. Tam zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na naszą klasę, a także dowiedzieliśmy się, skąd się wzięła nazwa ,,Odrzykoń”. Następnie ruszyliśmy w głąb lasu, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, a także na to, by otrzymać sporą porcję wiedzy prosto z ust rasowego leśniczego. Dowiedzieliśmy się, jakie zwierzęta można spotkać w Bieszczadach (na przykład psy, mrówki i ludzi), a także jak można odróżnić niedźwiedzia od sarny.
Po drugim śniadaniu poszliśmy na boisko dalej się integrować, choć i bez zabaw integracyjnych nieźle dawaliśmy sobie radę. Po obiedzie, na którym była pizza (a trzeba wiedzieć, że dzień, w którym na obiad podawana jest pizza, jest najbardziej wyczekiwanym i najświętszym dniem ze wszystkich dni całego turnusu), poszliśmy tańcować. Nie ma to jak porcja pozytywnej energii w taki dzień, jak ten. Jest dość chłodno, ale po dwóch tygodniach upałów taka pogoda jest jak manna z nieba.
Wieczorem, po kolacji, urządziliśmy najfajniejszą rzecz, jaką może urządzić sobie osiemnastka dzieci i ich opiekunowie, będąc o zmroku w Bieszczadach – ognisko. Gitara, gitarzysta, kiełbaski, no i telewizor made by matka natura – wielki, buchający ogień, w który człowiek wpatruje się już od kilkunastu tysięcy lat, i wszystko wskazuje na to, że nie jest już w stanie się tego oduczyć.
No i bardzo dobrze. Ognisko to fajna rzecz.
Ognisko i wszystko, co z nim związane – przyśpiewki (chłooopy starzeeeją sięęę!), smak zwęglonych do nieprzyzwoitości kiełbasek, widok siedemnastu spojrzeń wpatrzonych w te same, rozżarzone węgielki, w które i my się wpatrujemy, no i ta fantastyczna atmosfera, jakiej nie da żadne play station.
Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie wiem, nigdy nie grałam na czymś takim.
A teraz wszyscy już śpią, wyczerpani tyloma wydarzeniami drugiego dnia obozu w Odrzykoniu. A to przecież dopiero początek.
Dobranoc. Alina.
Przedstawię się, mam na imię Erwin, mam pięćdziesiąt jeden lat i organizuję te obozy, o których Państwo właśnie czytają.
Po trzech turnusach wypełnionych pracą i pisaniem bloga po nocach, wpadłem na pomysł – oczywiście genialny – przekażę pisanie uczestnikom, a konkretnie Alinie (być może ktoś dołączy do pomocy). Jak się Państwu podoba jej pierwszy tekst?
Dla dzieci dzisiejszy dzień zakończył się ogniskiem, a dla nas, niestety, podjęciem decyzji o odwiezieniu jednego z uczestników do domu. W czasie kiedy piszę, jego tato jedzie w naszą stronę. Musieliśmy tak zdecydować dla dobra jego i wszystkich. Rzadki to przypadek , ale już kiedyś też miał miejsce. Już chyba wszystko miało miejsce w ciągu prawie dwudziestu lat naszej pracy z dziećmi.
PS. Witam i ja, mam na imię Zuzia, mam 27 lat i chciałam powiedzieć, że jest "letki" problem techniczny i zdjęcia pojawią się z opóźnieniem ( mam nadzieję, że małym ;))
środa, 4 sierpnia 2010
Trzynasty dzień.
Spóźnione zakończenie.
Końcówka pobytu i towarzyszące jej zamieszanie nie pozwoliło zrobić ostatniego wpisu na czas. Zatem z opóźnieniem, mając już u siebie następną grupę, zamykamy III turnus.
Wtorek to finał wszystkiego: zaliczenia z gimnastyki, pokaz tańców – układów w wykonaniu wszystkich, pakowanie, poszukiwanie zagubionych drobiazgów, spisywanie adresów, wspólne oglądanie zdjęć zrobionych w czasie ostatnich dwóch tygodni. W wolnych chwilach, oczywiście basen i piłkarzy ki.
Cisza nocna punktualnie i wczesna pobudka o szóstej. Mamy już wprawę w przeprowadzaniu „stałych fragmentów gry”, więc ostatnie śniadanie i załadunek poszedł sprawnie. Podróż również.
A teraz ja siedzę przed komputerem, w Piekle a cała gromadka, która jeszcze rano była u nas, rozproszona po Polsce i Warszawie żyje swoimi sprawami. Do zobaczenia dzieci następnym razem, jak nie w Piekle, to gdzieś w życiu na pewno!!!
Spóźnione zakończenie.
Końcówka pobytu i towarzyszące jej zamieszanie nie pozwoliło zrobić ostatniego wpisu na czas. Zatem z opóźnieniem, mając już u siebie następną grupę, zamykamy III turnus.
Wtorek to finał wszystkiego: zaliczenia z gimnastyki, pokaz tańców – układów w wykonaniu wszystkich, pakowanie, poszukiwanie zagubionych drobiazgów, spisywanie adresów, wspólne oglądanie zdjęć zrobionych w czasie ostatnich dwóch tygodni. W wolnych chwilach, oczywiście basen i piłkarzy ki.
Cisza nocna punktualnie i wczesna pobudka o szóstej. Mamy już wprawę w przeprowadzaniu „stałych fragmentów gry”, więc ostatnie śniadanie i załadunek poszedł sprawnie. Podróż również.
A teraz ja siedzę przed komputerem, w Piekle a cała gromadka, która jeszcze rano była u nas, rozproszona po Polsce i Warszawie żyje swoimi sprawami. Do zobaczenia dzieci następnym razem, jak nie w Piekle, to gdzieś w życiu na pewno!!!
Trzynasty dzień.
Spóźnione zakończenie.
Końcówka pobytu i towarzyszące jej zamieszanie nie pozwoliło zrobić ostatniego wpisu na czas. Zatem z opóźnieniem, mając już u siebie następną grupę, zamykamy III turnus.
Wtorek to finał wszystkiego: zaliczenia z gimnastyki, pokaz tańców – układów w wykonaniu wszystkich, pakowanie, poszukiwanie zagubionych drobiazgów, spisywanie adresów, wspólne oglądanie zdjęć zrobionych w czasie ostatnich dwóch tygodni. W wolnych chwilach, oczywiście basen i piłkarzy ki.
Cisza nocna punktualnie i wczesna pobudka o szóstej. Mamy już wprawę w przeprowadzaniu „stałych fragmentów gry”, więc ostatnie śniadanie i załadunek poszedł sprawnie. Podróż również.
A teraz ja siedzę przed komputerem, w Piekle a cała gromadka, która jeszcze rano była u nas, rozproszona po Polsce i Warszawie żyje swoimi sprawami. Do zobaczenia dzieci następnym razem, jak nie w Piekle, to gdzieś w życiu na pewno!!!
Spóźnione zakończenie.
Końcówka pobytu i towarzyszące jej zamieszanie nie pozwoliło zrobić ostatniego wpisu na czas. Zatem z opóźnieniem, mając już u siebie następną grupę, zamykamy III turnus.
Wtorek to finał wszystkiego: zaliczenia z gimnastyki, pokaz tańców – układów w wykonaniu wszystkich, pakowanie, poszukiwanie zagubionych drobiazgów, spisywanie adresów, wspólne oglądanie zdjęć zrobionych w czasie ostatnich dwóch tygodni. W wolnych chwilach, oczywiście basen i piłkarzy ki.
Cisza nocna punktualnie i wczesna pobudka o szóstej. Mamy już wprawę w przeprowadzaniu „stałych fragmentów gry”, więc ostatnie śniadanie i załadunek poszedł sprawnie. Podróż również.
A teraz ja siedzę przed komputerem, w Piekle a cała gromadka, która jeszcze rano była u nas, rozproszona po Polsce i Warszawie żyje swoimi sprawami. Do zobaczenia dzieci następnym razem, jak nie w Piekle, to gdzieś w życiu na pewno!!!
wtorek, 3 sierpnia 2010
Dwunasty dzień.
Mieliśmy dzisiaj co robić. Przed południem pojechaliśmy do Krosna i w studiu nagrań została zarejestrowana płyta z utworami w wykonaniu naszych dzieci. Należy cieszyć się z zaangażowania w działanie twórcze i jakkolwiek efekt ostateczny nie jest profesjonalny, to warto było to zrobić. Wszyscy, którzy uczestniczyli w nagraniu otrzymają egzemplarz płyty. Było też zwiedzanie krośnieńskiego starego miasta i czas na zakupy.
Po obiedzie ostatnia gimnastyka i jednocześnie druga grupa ostatnie tańce, po podwieczorku zmiana i dzień minął. Na basen i wszystkie drobne przyjemności czas był w „kradzionych” chwilach i po kolacji, ale przed ogniskiem – oczywiście ostatnim. Zrobiło się trochę nostalgicznie.
Czas na podsumowanie będzie jutro, dzisiaj można tylko spojrzeć na kończący się turnus z punktu widzenia tymczasowego, dwutygodniowego „taty”. Wśród goszczących teraz osób siedmioro dzieci jest u nas po raz pierwszy. To dość liczne grono, jak na nasze realia. Nowicjuszy zazwyczaj jest mniej, toteż ryzyko, że ktoś będzie miał kłopoty z adaptacją do Piekła było nieco większe niż zwykle. I takie obawy były bardzo wyczuwalne podczas rozmów z rodzicami. Jako dwutygodniowy tato stwierdzam, że niektóre pociechy chciałyby zostać dłużej. To dla nas, wszystkich osób zajmujących się dziećmi, prawdziwy sukces. W dodatku nie został osiągnięty w łatwy sposób. Dość dużo wymagamy i niełatwo ustępujemy. Staramy się nakłaniać wszystkich do aktywności i tworzenia. Duża dyscyplina może wydawać się czynnikiem trudnym do zaakceptowania przez rozbrykane, czasami, istoty. A jednak przekonaliśmy się już dawno, że jeśli istnieją wyraziste reguły, dzieci czują się pewnie i bezpiecznie. Ilość czynników decydujących o powodzeniu w tej pracy, jest przerażająco duża. I nie jest to fabryka, w której proces technologiczny jest powtarzalny przy zachowaniu warunków. Mam wrażenie, że te same powody, dla których osiedliliśmy się w Piekle, decydują w przypadku dzieci o akceptacji tego miejsca. Cała reszta czynników to dodatki: osobowość opiekunów, atrakcyjność zajęć, jakość posiłków, towarzystwo rówieśnicze i inne, może mniej ważne ale bardzo liczne. Żeby w pełni poznać jak tutaj jest, jeden raz nie wystarczy. Rekordzistka była siedemnaście (!!!) razy. Zaczęła jako mała, bojąca się wszystkiego dziewczynka (nazywaliśmy ją Zaczarowany Ołówek z racji charakterystycznej fryzury) a skończyła jako pełnoletnia osoba. Mam cichą nadzieję, że któregoś razu zadzwoni i zapyta, czy znalazłoby się miejsce dla jej dziecka na wakacje……..
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Jedenasty dzień.
Niedziela, więc spaliśmy pół godziny dłużej, śniadanie pół godziny później i wszystko na trochę większym luzie. Ten luz bierze się też z zadomowienia i znajomości rytmu obozowego życia. Słowo „obóz” nie pasuje trochę do tego, co robimy – bardziej kojarzy się z namiotami i harcerskim charakterem pobytu. „Kolonie” też nie – na koloniach jest zawsze dużo dzieci, wielka stołówka, są panie kolonistki, jest pan dyrektor itd. Nie pasujemy do tej wizji. Najbardziej neutralne wydaje się być – wakacje w Piekle.
Chętni byli rano w kościele a później dzień potoczył się bez większego ciśnienia i jedynie gimnastyka zaburzyła nam leniwy charakter siódmego dnia tygodnia. Wieczorem nastąpił finał przedstawień teatralnych i obejrzeliśmy ostatnie dwie sztuki. Gratuluję twórcom – bardzo się przejęli i napracowali.
Pogoda ustaliła się na stanie idealnym – jest ciepło, ale nie upalnie. W takich warunkach można grać w piłkę, skakać, biegać i wykąpać się w basenie. Ponieważ niewiele się dzisiaj działo, mam trochę miejsca na odrobinę filozofii związanej z obserwacją dzieci. Nie tylko bieżącą, ale trwającą już od prawie dwudziestu lat. Z każdym rokiem coś się zmienia, niezauważalnie na przestrzeni poszczególnych lat, ale wystarczająco wyraźnie porównując np. w odstępie dekady. Ostrzem zmian i forpocztą, za którą idzie reszta, jest dostępność i powszechność „izolatorów” w postaci wszelkich gier elektronicznych, telefonów, słuchawek na uszach i innych blokad utrudniających realny kontakt z otoczeniem. Nie potrafimy przewidzieć, jakie zmiany w społecznych relacjach przyniesie w przyszłości to zjawisko, ale dobrze widać jak wpływa na dzisiejsze zachowanie młodych ludzi. Prawdziwa aktywność maleje z każdym rokiem zastąpiona śmiesznym światem na małym ekraniku. Kilkunastoletnie osoby powinny być wulkanem energii, pomysłów, choćby czasem głupich i męczących i to bym zrozumiał. Ale coraz częściej mamy do czynienia z dziećmi, do których trudno mieć zastrzeżenia odnośnie dyscypliny, czy kultury, które coraz mniej potrafią i nie interesuje ich to co jest dookoła. Ciężki temat. Nie da się zawrócić kijem rzeki, kiedyś stosowaliśmy zakaz korzystania z gameboyów , ale te urządzenia to już muzeum techniki a i samo zjawisko rozlało się dużo szerzej. Czy zastanawialiście się Państwo nad tym zagadnieniem? Ja myślę o tym cały czas.
niedziela, 1 sierpnia 2010
Dziesiąty dzień.
Prowadzimy działania mające na celu uaktywnienie najbardziej zamkniętych w sobie i izolujących się osób . Mamy takie, nieliczne, ale mamy. Metodą na to zjawisko – zazwyczaj skuteczną – jest tzw. dzień sportu. Nazwa może być trochę myląca, ale innej nie udało się dotychczas wymyślić. Przez cały dzień trwa rywalizacja dwóch drużyn. Zadania, które są do wykonania dopasowujemy do możliwości wszystkich uczestników. Dzięki temu każdy zazwyczaj bawi się dobrze i daje się wciągnąć w atmosferę gry. Z dziesięciu przygotowanych konkurencji udało się dzisiaj rozegrać tylko cztery. Do przerwania skusiła nas piękna pogoda i woda w basenie (24 stopnie). Naiwnie sądziliśmy, że po kolacji może coś jeszcze zrobimy, ale nie dało się. Coraz bardziej odczuwamy zadziwiający brak czasu. Odpuściliśmy tańce i wyglądało na to, że wszystko zdążymy zrobić w zaoszczędzonych godzinach, ale niestety. Dodatkowym elementem, z którym musimy się liczyć jest coraz krótszy dzień – po kolacji mamy już tylko pół godziny na jakieś działania na zewnątrz i nadchodzi zmierzch. Sobotę możemy zaliczyć do bardzo udanych dni, przyjmując za kryterium oceny zaangażowanie dzieci w zajęciach. Bawili się wszyscy bez wyjątku. Podobnie było na kończącej dzień dyskotece. Porównując ją z poprzednią widzimy olbrzymią różnicę na korzyść. Mamy zatem w pełni zjawisko, o którym pisałem - kiedy zabawa zaczyna być najlepsza, przychodzi czas wyjazdu.
Wczoraj miałem okazję usłyszeć od jednej z najbardziej na początku tęskniących istot, że chciałaby zostać na następne dwa tygodnie. Cieszymy się , że osiągnęliśmy duże COŚ.
A co z naszym diabełkiem? Na dyskotece ktoś nadepnął mu na nogę i nastąpił taki lament i wybuch rozpaczy, że wydawało się, że jedna karetka może być za mało na poradzenie sobie ze skutkami wypadku. Szybka akcja ratunkowa, na wielu płaszczyznach oddziaływania, uratowała nieszczęśnika i zamiast szpitala skończyło się na grach komputerowych w towarzystwie domownika Wawrzyńca.
Prowadzimy działania mające na celu uaktywnienie najbardziej zamkniętych w sobie i izolujących się osób . Mamy takie, nieliczne, ale mamy. Metodą na to zjawisko – zazwyczaj skuteczną – jest tzw. dzień sportu. Nazwa może być trochę myląca, ale innej nie udało się dotychczas wymyślić. Przez cały dzień trwa rywalizacja dwóch drużyn. Zadania, które są do wykonania dopasowujemy do możliwości wszystkich uczestników. Dzięki temu każdy zazwyczaj bawi się dobrze i daje się wciągnąć w atmosferę gry. Z dziesięciu przygotowanych konkurencji udało się dzisiaj rozegrać tylko cztery. Do przerwania skusiła nas piękna pogoda i woda w basenie (24 stopnie). Naiwnie sądziliśmy, że po kolacji może coś jeszcze zrobimy, ale nie dało się. Coraz bardziej odczuwamy zadziwiający brak czasu. Odpuściliśmy tańce i wyglądało na to, że wszystko zdążymy zrobić w zaoszczędzonych godzinach, ale niestety. Dodatkowym elementem, z którym musimy się liczyć jest coraz krótszy dzień – po kolacji mamy już tylko pół godziny na jakieś działania na zewnątrz i nadchodzi zmierzch. Sobotę możemy zaliczyć do bardzo udanych dni, przyjmując za kryterium oceny zaangażowanie dzieci w zajęciach. Bawili się wszyscy bez wyjątku. Podobnie było na kończącej dzień dyskotece. Porównując ją z poprzednią widzimy olbrzymią różnicę na korzyść. Mamy zatem w pełni zjawisko, o którym pisałem - kiedy zabawa zaczyna być najlepsza, przychodzi czas wyjazdu.
Wczoraj miałem okazję usłyszeć od jednej z najbardziej na początku tęskniących istot, że chciałaby zostać na następne dwa tygodnie. Cieszymy się , że osiągnęliśmy duże COŚ.
A co z naszym diabełkiem? Na dyskotece ktoś nadepnął mu na nogę i nastąpił taki lament i wybuch rozpaczy, że wydawało się, że jedna karetka może być za mało na poradzenie sobie ze skutkami wypadku. Szybka akcja ratunkowa, na wielu płaszczyznach oddziaływania, uratowała nieszczęśnika i zamiast szpitala skończyło się na grach komputerowych w towarzystwie domownika Wawrzyńca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)