piątek, 6 sierpnia 2010

Dzień pierwszy i drugi.

Przedstawię się. Mam na imię Alina, mam siedemnaście lat, jestem uczestniczką obozu, o którym Państwo właśnie czytają. Jestem tu już czwarty raz, a jeszcze mi mało. Wiem, ze to brzmi jak wazelina czy zgrabny marketing, ale to czysta prawda. A teraz gwóźdź programu – właściwa treść tego bloga:
Po wczorajszej długiej podróży wszyscy mali obozowicze postanowili położyć się wcześnie spać, więc nic dziwnego, że dziś wszyscy obudzili się wypoczęci. Rano przy śniadaniu panowała bardzo wesoła i luźna atmosfera, biorąc pod uwagę, że integracja miała rozpocząć się dopiero później. Potem przeszliśmy do omawiania regulaminu obozu, co poszło szybko i sprawnie, bo nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać, że nie wolno wywieszać kolegi przez balkon nogami do góry, ani tym bardziej popełniać innych faux pas. Po śniadaniu, jako że mieszkamy w kraju katolickim, poszliśmy się integrować pod pobliską kapliczkę. Tam zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na naszą klasę, a także dowiedzieliśmy się, skąd się wzięła nazwa ,,Odrzykoń”. Następnie ruszyliśmy w głąb lasu, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, a także na to, by otrzymać sporą porcję wiedzy prosto z ust rasowego leśniczego. Dowiedzieliśmy się, jakie zwierzęta można spotkać w Bieszczadach (na przykład psy, mrówki i ludzi), a także jak można odróżnić niedźwiedzia od sarny.
Po drugim śniadaniu poszliśmy na boisko dalej się integrować, choć i bez zabaw integracyjnych nieźle dawaliśmy sobie radę. Po obiedzie, na którym była pizza (a trzeba wiedzieć, że dzień, w którym na obiad podawana jest pizza, jest najbardziej wyczekiwanym i najświętszym dniem ze wszystkich dni całego turnusu), poszliśmy tańcować. Nie ma to jak porcja pozytywnej energii w taki dzień, jak ten. Jest dość chłodno, ale po dwóch tygodniach upałów taka pogoda jest jak manna z nieba.
Wieczorem, po kolacji, urządziliśmy najfajniejszą rzecz, jaką może urządzić sobie osiemnastka dzieci i ich opiekunowie, będąc o zmroku w Bieszczadach – ognisko. Gitara, gitarzysta, kiełbaski, no i telewizor made by matka natura – wielki, buchający ogień, w który człowiek wpatruje się już od kilkunastu tysięcy lat, i wszystko wskazuje na to, że nie jest już w stanie się tego oduczyć.
No i bardzo dobrze. Ognisko to fajna rzecz.
Ognisko i wszystko, co z nim związane – przyśpiewki (chłooopy starzeeeją sięęę!), smak zwęglonych do nieprzyzwoitości kiełbasek, widok siedemnastu spojrzeń wpatrzonych w te same, rozżarzone węgielki, w które i my się wpatrujemy, no i ta fantastyczna atmosfera, jakiej nie da żadne play station.
Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie wiem, nigdy nie grałam na czymś takim.
A teraz wszyscy już śpią, wyczerpani tyloma wydarzeniami drugiego dnia obozu w Odrzykoniu. A to przecież dopiero początek.
Dobranoc. Alina.



Przedstawię się, mam na imię Erwin, mam pięćdziesiąt jeden lat i organizuję te obozy, o których Państwo właśnie czytają.
Po trzech turnusach wypełnionych pracą i pisaniem bloga po nocach, wpadłem na pomysł – oczywiście genialny – przekażę pisanie uczestnikom, a konkretnie Alinie (być może ktoś dołączy do pomocy). Jak się Państwu podoba jej pierwszy tekst?
Dla dzieci dzisiejszy dzień zakończył się ogniskiem, a dla nas, niestety, podjęciem decyzji o odwiezieniu jednego z uczestników do domu. W czasie kiedy piszę, jego tato jedzie w naszą stronę. Musieliśmy tak zdecydować dla dobra jego i wszystkich. Rzadki to przypadek , ale już kiedyś też miał miejsce. Już chyba wszystko miało miejsce w ciągu prawie dwudziestu lat naszej pracy z dziećmi.



PS. Witam i ja, mam na imię Zuzia, mam 27 lat i chciałam powiedzieć, że jest "letki" problem techniczny i zdjęcia pojawią się z opóźnieniem ( mam nadzieję, że małym ;))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz