Ósmy dzień, poniedziałek 8 sierpnia.
Po pogodnych dniach przyszedł deszcz. Nie był ani długi ani uciążliwy, popadał w nocy i poprawił wieczorem a jutro już ma być sucho. Czyli nie jest najgorzej. Korzystając z sytuacji, oprócz wszelkich codziennych znanych działań, rysowaliśmy mapy i ukrywaliśmy „skarby”. I znowu okazało się, że jeśli coś nie jest „podane na tacy”, może okazać się bardzo trudne. To tylko dygresja z punktu widzenia obserwatora dziecięcych zachowań, ale chyba istotniejsza dla wiedzy rodziców niż, co było na obiad (pomidorowa z makaronem lub ryżem i pierogi : ruskie, z mięsem, z jagodami). Z roku na rok coraz bardziej zanika kreatywność i twórcza pomysłowość. Kijem rzeki nie da się zawrócić, ale piszę o tym, bo mam warunki do analizy i wyciągania wniosków dużo lepsze niż np. nauczyciel w szkole. Jest jeszcze jedno zjawisko, które wydaje się być coraz powszechniejsze – bardzo szybka i bezproblemowa ucieczka w niehonorowe chwyty podczas gry. Nikt się tego nie wstydzi i nikt nie widzi problemu. Jeśli coś uda się zrobić „na skróty”, to się robi. Sądzę, że to metoda na wyprzedzenie konkurencji w rywalizacji, choć to tylko zabawa. Tę obserwację poczynił dzisiaj mój dziesięcioletni syn - …dobrze że z nimi nie grałem bo byłoby mi bardzo przykro….. Próbuję sobie przypomnieć, jak było za mojego dzieciństwa…….
Jeśli zacząłem smęcić, to może na skutek skumulowania przyczynków do tematu, który właśnie mi się „ulał” w trakcie czwartego turnusu.
Właśnie kończy się dyskoteka, na której nie byli jedynie Intensywnie Ćwiczący, wożeni do gabinetu Dorsum w Krośnie na mega ćwiczenia.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Dzień 6 i 7
Dzisiaj znowu my (Marysia i Gosia) zostałyśmy brutalnie przymuszone
do opisania dwóch ostatnich dni. Nie będziemy się rozpisywać i dbać o
składnię, albowiem za 20 minut idziemy oglądać film.
Wczoraj nie mieliśmy zbyt wielu zajęć, jedynie tańce i ćwiczenia.
Ponieważ była sobota, dyżurni bardzo dokładnie wysprzątali dom. Przez
resztę czasu odpoczywaliśmy, na basenie lub trampolinie. Nasz drogi
Pawełek z przemęczenia nie uczestniczył w zajęciach, a szkoda.
Wieczorem tradycyjnie graliśmy w piłkę nożną. Mecz był bardzo
emocjonujący, dlatego wszyscy posmutnieli kiedy musieliśmy już wracać
do domu.
Dzisiaj (w niedzielę) dzień rozpoczęliśmy od jajecznicy z cebulką i
szyneczką. Później chętni udali się do kościoła, a następnie do
sklepu. Reszta zbierała kamienie, by potem je pięknie pomalować
wszystkimi kolorami tęczy. Potem tradycyjnie tańce i ćwiczenia, piłka
nożna, film. Ogólnie rzecz biorąc dzień jak zwykle bardzo udany.
Przepraszamy, że tak krótko, ale nie mamy weny twórczej, a poza tym
czas nas nagli :(
Dzisiaj znowu my (Marysia i Gosia) zostałyśmy brutalnie przymuszone
do opisania dwóch ostatnich dni. Nie będziemy się rozpisywać i dbać o
składnię, albowiem za 20 minut idziemy oglądać film.
Wczoraj nie mieliśmy zbyt wielu zajęć, jedynie tańce i ćwiczenia.
Ponieważ była sobota, dyżurni bardzo dokładnie wysprzątali dom. Przez
resztę czasu odpoczywaliśmy, na basenie lub trampolinie. Nasz drogi
Pawełek z przemęczenia nie uczestniczył w zajęciach, a szkoda.
Wieczorem tradycyjnie graliśmy w piłkę nożną. Mecz był bardzo
emocjonujący, dlatego wszyscy posmutnieli kiedy musieliśmy już wracać
do domu.
Dzisiaj (w niedzielę) dzień rozpoczęliśmy od jajecznicy z cebulką i
szyneczką. Później chętni udali się do kościoła, a następnie do
sklepu. Reszta zbierała kamienie, by potem je pięknie pomalować
wszystkimi kolorami tęczy. Potem tradycyjnie tańce i ćwiczenia, piłka
nożna, film. Ogólnie rzecz biorąc dzień jak zwykle bardzo udany.
Przepraszamy, że tak krótko, ale nie mamy weny twórczej, a poza tym
czas nas nagli :(
piątek, 5 sierpnia 2011
Piąty dzień, piątek 5 sierpnia
Zacznę od tego, że moje współblogowiczki gdzieś się zawieruszyły i znowu muszę pisać osobiście. Może jutro kogoś dopadnę, kto mnie zastąpi.
Relację z piątku zacznę od wiadomości, że namiotowicze przeżyli noc i jednym było zimno a drugim strasznie gorąco. Pierwsi w nocy się rozbierali a drudzy ubierali. Czy się wyspali- wątpię, ale przygoda była . Dzisiejszej nocy czterech młodszych chłopców postanowiło jeszcze raz spać w namiocie. Jeden już zrezygnował a drugi jest w trakcie (22.45).
Kilka lat temu rozstawiliśmy namioty i kilkanaście osób miało w nich spać. Wieczorem, przy ognisku zaczęliśmy opowiadać sobie odrzykońskie legendy i różne „straszne” historie (m.in. tę z samego dołu strony). Kiedy ognisko się skończyło i przyszła pora na sen, kilkanaścioro dzieci z poduszkami i kołdrami pod pachą, szeregiem powędrowało do domu. Namioty zostały puste.
Cieszymy się dobrą pogodą i coraz cieplejszymi dniami. Dzisiejszym hitem była przerwa w tańcach na schłodzenie się w basenie i tańczenie czaczy w wodzie. A oprócz tego, do obiadu dwie drużyny rywalizowały w wielu konkurencjach (nie tylko sportowych). Wieczorem, zaplanowane karaoke przerodziło się w spontaniczną dyskotekę i patrząc na entuzjazm, z jakim się bawiono, zbliża się nieuchronnie – drugi tydzień. Drugi tydzień to nie tylko wyrażenie określające czas, ono określa jak się dzieci czują i jak się bawią. To widać po relacjach między nimi, między nimi a nami, po ilościach zjadanych posiłków (coraz więcej), po kłopotach z wstawaniem (coraz trudniej) i po wielu innych objawach.
Dla mnie jako kierownika obozu największą atrakcją dzisiejszego dnia była kontrola z Kuratorium Oświaty. Największą wczorajszego kontrola SANEPIDu. No i bardzo fajnie było kilka dni temu podczas kontroli pań z biura Rzecznika Praw Dziecka. Jeśli chcecie wiedzieć skąd te kontrole, to informuję że to standard, niekiedy kilkakrotny w ciągu wakacji. Wszystkie wypadły dobrze, muszę tylko wyrobić sobie pieczątkę imienną, której zabrakło.
Zacznę od tego, że moje współblogowiczki gdzieś się zawieruszyły i znowu muszę pisać osobiście. Może jutro kogoś dopadnę, kto mnie zastąpi.
Relację z piątku zacznę od wiadomości, że namiotowicze przeżyli noc i jednym było zimno a drugim strasznie gorąco. Pierwsi w nocy się rozbierali a drudzy ubierali. Czy się wyspali- wątpię, ale przygoda była . Dzisiejszej nocy czterech młodszych chłopców postanowiło jeszcze raz spać w namiocie. Jeden już zrezygnował a drugi jest w trakcie (22.45).
Kilka lat temu rozstawiliśmy namioty i kilkanaście osób miało w nich spać. Wieczorem, przy ognisku zaczęliśmy opowiadać sobie odrzykońskie legendy i różne „straszne” historie (m.in. tę z samego dołu strony). Kiedy ognisko się skończyło i przyszła pora na sen, kilkanaścioro dzieci z poduszkami i kołdrami pod pachą, szeregiem powędrowało do domu. Namioty zostały puste.
Cieszymy się dobrą pogodą i coraz cieplejszymi dniami. Dzisiejszym hitem była przerwa w tańcach na schłodzenie się w basenie i tańczenie czaczy w wodzie. A oprócz tego, do obiadu dwie drużyny rywalizowały w wielu konkurencjach (nie tylko sportowych). Wieczorem, zaplanowane karaoke przerodziło się w spontaniczną dyskotekę i patrząc na entuzjazm, z jakim się bawiono, zbliża się nieuchronnie – drugi tydzień. Drugi tydzień to nie tylko wyrażenie określające czas, ono określa jak się dzieci czują i jak się bawią. To widać po relacjach między nimi, między nimi a nami, po ilościach zjadanych posiłków (coraz więcej), po kłopotach z wstawaniem (coraz trudniej) i po wielu innych objawach.
Dla mnie jako kierownika obozu największą atrakcją dzisiejszego dnia była kontrola z Kuratorium Oświaty. Największą wczorajszego kontrola SANEPIDu. No i bardzo fajnie było kilka dni temu podczas kontroli pań z biura Rzecznika Praw Dziecka. Jeśli chcecie wiedzieć skąd te kontrole, to informuję że to standard, niekiedy kilkakrotny w ciągu wakacji. Wszystkie wypadły dobrze, muszę tylko wyrobić sobie pieczątkę imienną, której zabrakło.
czwartek, 4 sierpnia 2011
Czwartek 4 sierpień
Czwarty dzień, czwartek 4 sierpnia
No i stało się. Zostałyśmy wrobione w bloga(to znaczy Małgosia, Marysia i Magda). Dzisiaj dla odmiany po śniadaniu nie było tańców, tylko wszyscy wybraliśmy się na wyprawę do Jaskini Pająków. Jest to stały punkt programu dla każdego turnusu. Po półgodzinnym marszu, przedzieraniu się przez gałęzie i błoto, dociera się nad urwisko w lesie. Ponieważ jest tam naprawdę wąsko, a dzieci znane są ze swojej ruchliwości, ,,opiekuny” stają się wtedy wyjątkowo nerwowe. Nikt nie powinien zbliżać się do krawędzi czy nawet stać. Ci, co chcą zsunąć się na dół i przeciskać się przez skały, by zobaczyć przerażające białe kokony, zwisające z sufitu, mają wtedy swoją szansę. My jednak uważamy, że już samo zejście na dół po linie jest przygodą (chociaż tym razem nie zeszłyśmy). Kiedy wszyscy wrócą na górę, nadchodzi czas na drugie śniadanie. Procedura jest prosta: opiekun wykrzykuje, z czym jest kanapka, a następnie rzuca ją w stronę chętnego. Pasztet, pasztet, almette, pasztet, ser żółty, szynka, NUTELLA, pasztet. Później dostajemy jeszcze po batoniku i ruszamy w drogę powrotną.
Las to oczywiście idealne miejsce dla zabaw. Zanim doszliśmy do domu, zagraliśmy może z 5 razy w „Baba Jaga patrzy!”(w wersję z drzewami). Oprócz tego szukaliśmy osób z przeciwnej drużyny, sprytnie pochowanych w kępach paproci albo po prostu pod gałęziami. Największe emocje wzbudziła jednak konkurencja „Stwórz leśnego ludka”, której wyniki będzie można wkrótce zobaczyć na zdjęciach. Każda drużyna miała łącznie 5 minut na wyłonienie i udekorowanie wybranej osoby, w możliwie najbardziej szalony sposób. Nie chcemy zdradzać wiele szczegółów, ale jedną uczestniczkę wysmarowano błotem.
Na obiad dostaliśmy żurek(z kiełbasą lub bez, z jajkami lub bez) i, rzecz wielce popularną- pizzę. Później odbyła się tradycyjnie gimnastyka dla starszej grupy, a młodsi poszli na basen. Tańców dzisiaj niestety nie było, a to po prostu dlatego, że pan Adam nie mógł dojechać. Po podwieczorku młodsi zaczęli ćwiczyć, a my, z nudów, graliśmy w piłkarzyki. Propozycja, by pójść na boisko i pograć w prawdziwą piłkę, została zatem entuzjastycznie przyjęta.
Cóż by tu powiedzieć o meczu… drużyny były po 8 i 9 osób, wliczając w to 5 dziewczyn. To wcale jednak nie wyglądało tak, że stałyśmy z boku i patrzyłyśmy, jak inni się rzucają na piłkę. My rzucałyśmy się razem z nimi, dosłownie gryząc kostki naszym przeciwnikom. Gosia strzeliła 4, Iza 3, a Marysia jednego gola. Olga z kolei kopała po nogach, starając się też odbierać podania. Ostateczny wynik meczu doprawdy ciężko ustalić. Chyba było 16:9. Ale i tak wygrałyśmy.
Byłybyśmy zapomniały. Dzisiaj na boisku do siatkówki rozbiliśmy namioty i 8 osób będzie w nich nocować. Co za przygoda! To by było na tyle. Idziemy oglądać horrory
No i mamy zupełnie inne spojrzenie. Sam jestem ciekaw jak to wygląda z perspektywy uczestnika.
No i stało się. Zostałyśmy wrobione w bloga(to znaczy Małgosia, Marysia i Magda). Dzisiaj dla odmiany po śniadaniu nie było tańców, tylko wszyscy wybraliśmy się na wyprawę do Jaskini Pająków. Jest to stały punkt programu dla każdego turnusu. Po półgodzinnym marszu, przedzieraniu się przez gałęzie i błoto, dociera się nad urwisko w lesie. Ponieważ jest tam naprawdę wąsko, a dzieci znane są ze swojej ruchliwości, ,,opiekuny” stają się wtedy wyjątkowo nerwowe. Nikt nie powinien zbliżać się do krawędzi czy nawet stać. Ci, co chcą zsunąć się na dół i przeciskać się przez skały, by zobaczyć przerażające białe kokony, zwisające z sufitu, mają wtedy swoją szansę. My jednak uważamy, że już samo zejście na dół po linie jest przygodą (chociaż tym razem nie zeszłyśmy). Kiedy wszyscy wrócą na górę, nadchodzi czas na drugie śniadanie. Procedura jest prosta: opiekun wykrzykuje, z czym jest kanapka, a następnie rzuca ją w stronę chętnego. Pasztet, pasztet, almette, pasztet, ser żółty, szynka, NUTELLA, pasztet. Później dostajemy jeszcze po batoniku i ruszamy w drogę powrotną.
Las to oczywiście idealne miejsce dla zabaw. Zanim doszliśmy do domu, zagraliśmy może z 5 razy w „Baba Jaga patrzy!”(w wersję z drzewami). Oprócz tego szukaliśmy osób z przeciwnej drużyny, sprytnie pochowanych w kępach paproci albo po prostu pod gałęziami. Największe emocje wzbudziła jednak konkurencja „Stwórz leśnego ludka”, której wyniki będzie można wkrótce zobaczyć na zdjęciach. Każda drużyna miała łącznie 5 minut na wyłonienie i udekorowanie wybranej osoby, w możliwie najbardziej szalony sposób. Nie chcemy zdradzać wiele szczegółów, ale jedną uczestniczkę wysmarowano błotem.
Na obiad dostaliśmy żurek(z kiełbasą lub bez, z jajkami lub bez) i, rzecz wielce popularną- pizzę. Później odbyła się tradycyjnie gimnastyka dla starszej grupy, a młodsi poszli na basen. Tańców dzisiaj niestety nie było, a to po prostu dlatego, że pan Adam nie mógł dojechać. Po podwieczorku młodsi zaczęli ćwiczyć, a my, z nudów, graliśmy w piłkarzyki. Propozycja, by pójść na boisko i pograć w prawdziwą piłkę, została zatem entuzjastycznie przyjęta.
Cóż by tu powiedzieć o meczu… drużyny były po 8 i 9 osób, wliczając w to 5 dziewczyn. To wcale jednak nie wyglądało tak, że stałyśmy z boku i patrzyłyśmy, jak inni się rzucają na piłkę. My rzucałyśmy się razem z nimi, dosłownie gryząc kostki naszym przeciwnikom. Gosia strzeliła 4, Iza 3, a Marysia jednego gola. Olga z kolei kopała po nogach, starając się też odbierać podania. Ostateczny wynik meczu doprawdy ciężko ustalić. Chyba było 16:9. Ale i tak wygrałyśmy.
Byłybyśmy zapomniały. Dzisiaj na boisku do siatkówki rozbiliśmy namioty i 8 osób będzie w nich nocować. Co za przygoda! To by było na tyle. Idziemy oglądać horrory
No i mamy zupełnie inne spojrzenie. Sam jestem ciekaw jak to wygląda z perspektywy uczestnika.
środa, 3 sierpnia 2011
3 dzień IV turnusu
Trzeci dzień, środa 3 sierpnia
Pierwszy dzień bez deszczu od prawie dwóch tygodni. Wykorzystujemy to, prawie nie wchodząc do domu. Posiłki jemy na tarasie przed domem, wieczorem mieliśmy ognisko, w ciągu dnia gry i zabawy na boisku. Wprawdzie tańce były na sali, ale to z powodu wciąż śliskiej , nasiąkniętej wodą ziemi. Wystartowały też zajęcia plastyczne prowadzone przez mamę Franka i Teosia. Dzisiaj było kleksowanie dmuchając w słomkę. Z otrzymanej figury należało, posługując się następnym narzędziem – wyobraźnią, wyimaginować potwora i dorysować mu niezbędne elementy. Okazuje się że, dość proste zadanie, było trudne do wykonania. Niektórym zawiodło wspomniane narzędzie. Czas na chwilę filozofii. Czy przypadkiem nasz system edukacji nie zmierza w kierunku nauczania jak szybko i trafnie rozwiązywać testy? Czy nie odnosicie wrażenia, że kreatywność jest cechą zanikającą i mało kogo obchodzi? W moim rozumieniu problemu – mówiąc najkrócej – ludzik z żołędzi wygrywa 10:0 z plastikowym wojownikiem najeżonym bronią.
Bym zapomniał. Jeździliśmy na tyrolce i dla niektórych było to baaardzo emocjonujące przeżycie. Nie wszyscy się zdecydowali ale powoli powinni dojrzewać do decyzji. Nasza tyrolka ma prawie dwieście metrów i poza 300 metrową nad Zalewem Solińskim, jest chyba najdłuższa w naszej części Polski.
W natłoku spraw zapomniałem wrobić kogoś w bloga. Może jutro będę pamiętał.
Pierwszy dzień bez deszczu od prawie dwóch tygodni. Wykorzystujemy to, prawie nie wchodząc do domu. Posiłki jemy na tarasie przed domem, wieczorem mieliśmy ognisko, w ciągu dnia gry i zabawy na boisku. Wprawdzie tańce były na sali, ale to z powodu wciąż śliskiej , nasiąkniętej wodą ziemi. Wystartowały też zajęcia plastyczne prowadzone przez mamę Franka i Teosia. Dzisiaj było kleksowanie dmuchając w słomkę. Z otrzymanej figury należało, posługując się następnym narzędziem – wyobraźnią, wyimaginować potwora i dorysować mu niezbędne elementy. Okazuje się że, dość proste zadanie, było trudne do wykonania. Niektórym zawiodło wspomniane narzędzie. Czas na chwilę filozofii. Czy przypadkiem nasz system edukacji nie zmierza w kierunku nauczania jak szybko i trafnie rozwiązywać testy? Czy nie odnosicie wrażenia, że kreatywność jest cechą zanikającą i mało kogo obchodzi? W moim rozumieniu problemu – mówiąc najkrócej – ludzik z żołędzi wygrywa 10:0 z plastikowym wojownikiem najeżonym bronią.
Bym zapomniał. Jeździliśmy na tyrolce i dla niektórych było to baaardzo emocjonujące przeżycie. Nie wszyscy się zdecydowali ale powoli powinni dojrzewać do decyzji. Nasza tyrolka ma prawie dwieście metrów i poza 300 metrową nad Zalewem Solińskim, jest chyba najdłuższa w naszej części Polski.
W natłoku spraw zapomniałem wrobić kogoś w bloga. Może jutro będę pamiętał.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Nowy Turnus już IV
Pierwszy i drugi dzień, 1 i 2 sierpnia
Wszystkich zrozpaczonych i tęskniących rodziców śpieszymy poinformować, że żyjemy, mamy się dobrze, jeśli nie dzwonimy to z braku czasu. Jeśli płaczemy z tęsknoty, to nas przytulają i pocieszają.
Wtorek był dniem organizacyjnym ale poszło bardzo sprawnie, bo na dwudziestkę, tylko siedmioro jest u nas po raz pierwszy. Po omówieniu regulaminu, planu dnia , rozpakowaniu się do końca, wymyśleniu nazw pokoi i kilku jeszcze ważnych sprawach, znalazł się czas na grę w siatkówkę, piłkę nożną (grają wszyscy już pierwszego dnia, co nie jest zjawiskiem codziennym). A oprócz tego była, jak zawsze, gimnastyka i tańce z Adamem. Żeby nam się nie wydawało, że sierpień będzie suchy, wieczorem padał deszcz.
Już po tym dniu widzimy, że grupa jako całość jest pełna energii i bardziej aktywna niż poprzednie, którym też nic nie brakowało. Może to trochę wyższa średnia wieku a może zdążyli odpocząć po trudach roku szkolnego. Jeśli na to nałoży się dobra pogoda ( a jest szansa), to będziemy mieli mieszankę, z której uda nam się dużo wycisnąć – z korzyścią dla mieszanki.
Jutro rozpocznę poszukiwania chętnych do pisania bloga. Jeśli mózg przeciętnego człowieka wykorzystywany jest w dziesięciu procentach, to mojemu po każdym wpisie ubywa jeden procent a piszę już od dłuższego czasu. Ktoś mnie musi, choćby czasowo, zastąpić. Na szczęście widzę potencjalnych kandydatów.
Wszystkich zrozpaczonych i tęskniących rodziców śpieszymy poinformować, że żyjemy, mamy się dobrze, jeśli nie dzwonimy to z braku czasu. Jeśli płaczemy z tęsknoty, to nas przytulają i pocieszają.
Wtorek był dniem organizacyjnym ale poszło bardzo sprawnie, bo na dwudziestkę, tylko siedmioro jest u nas po raz pierwszy. Po omówieniu regulaminu, planu dnia , rozpakowaniu się do końca, wymyśleniu nazw pokoi i kilku jeszcze ważnych sprawach, znalazł się czas na grę w siatkówkę, piłkę nożną (grają wszyscy już pierwszego dnia, co nie jest zjawiskiem codziennym). A oprócz tego była, jak zawsze, gimnastyka i tańce z Adamem. Żeby nam się nie wydawało, że sierpień będzie suchy, wieczorem padał deszcz.
Już po tym dniu widzimy, że grupa jako całość jest pełna energii i bardziej aktywna niż poprzednie, którym też nic nie brakowało. Może to trochę wyższa średnia wieku a może zdążyli odpocząć po trudach roku szkolnego. Jeśli na to nałoży się dobra pogoda ( a jest szansa), to będziemy mieli mieszankę, z której uda nam się dużo wycisnąć – z korzyścią dla mieszanki.
Jutro rozpocznę poszukiwania chętnych do pisania bloga. Jeśli mózg przeciętnego człowieka wykorzystywany jest w dziesięciu procentach, to mojemu po każdym wpisie ubywa jeden procent a piszę już od dłuższego czasu. Ktoś mnie musi, choćby czasowo, zastąpić. Na szczęście widzę potencjalnych kandydatów.
Dzień trzynasty i czternasty, 31 lipca i 1 sierpnia
Piszę to z dużym opóźnieniem, bo faktycznie już podczas trwania następnego turnusu. Wciąż nie mogę się nadziwić, że to już sierpień. Trzy turnusy przeleciały jak szalone i patrząc wstecz trudno już nawet przypomnieć sobie to był na pierwszym, tak dawno to było.
Niedziela również była zimnym, deszczowym dniem zmuszającym nas do działania pod dachem. Do tego już zaczęliśmy się przyzwyczajać. Co to będzie jak przyjdzie słoneczna passa? Tak więc finał kursu tańca, o którym tyle pisałem, odbył się w naszej małej salce gimnastycznej zmuszając uczestników do zmieszczenia się na niewielkiej powierzchni. Mnie pokaz bardzo się spodobał. Widać było włożoną pracę, chęci i radość z tego co się robi. Udał się nam trzeci turnus, pomimo okropnej pogody. Nie mieliśmy prawdziwych problemów a te drobne, o których wspominałem, nie zmieniły mojego dobrego zdania o dzieciach, jakie do nas przyjechały. Niektóre były przez miesiąc wykorzystując wolne miejsca, jakie się niespodziewanie pojawiły. Jak to dużo – miesiąc, w życiu dziesięciolatka. Mam nadzieję, że to co się u nas wydarzyło, będzie dobrym i wartościowym wspomnieniem na wiele lat. Jest jeszcze jeden aspekt pobytu, o którym mało piszę ale dla wielu naszych gości jest bardzo ważny. Większość z nich walczy ze skoliozą, niekiedy bardzo poważną i źle rokującą. Nie zmarnowali tego czasu i wracają do domu ze znaczną poprawą osiągniętą dzięki włożonej intensywnej pracy.
A w poniedziałek rano znowu podjechał autobus, zapakowaliśmy się i podążyliśmy na północ, oddać dzieci stęsknionym rodzicom.
Piszę to z dużym opóźnieniem, bo faktycznie już podczas trwania następnego turnusu. Wciąż nie mogę się nadziwić, że to już sierpień. Trzy turnusy przeleciały jak szalone i patrząc wstecz trudno już nawet przypomnieć sobie to był na pierwszym, tak dawno to było.
Niedziela również była zimnym, deszczowym dniem zmuszającym nas do działania pod dachem. Do tego już zaczęliśmy się przyzwyczajać. Co to będzie jak przyjdzie słoneczna passa? Tak więc finał kursu tańca, o którym tyle pisałem, odbył się w naszej małej salce gimnastycznej zmuszając uczestników do zmieszczenia się na niewielkiej powierzchni. Mnie pokaz bardzo się spodobał. Widać było włożoną pracę, chęci i radość z tego co się robi. Udał się nam trzeci turnus, pomimo okropnej pogody. Nie mieliśmy prawdziwych problemów a te drobne, o których wspominałem, nie zmieniły mojego dobrego zdania o dzieciach, jakie do nas przyjechały. Niektóre były przez miesiąc wykorzystując wolne miejsca, jakie się niespodziewanie pojawiły. Jak to dużo – miesiąc, w życiu dziesięciolatka. Mam nadzieję, że to co się u nas wydarzyło, będzie dobrym i wartościowym wspomnieniem na wiele lat. Jest jeszcze jeden aspekt pobytu, o którym mało piszę ale dla wielu naszych gości jest bardzo ważny. Większość z nich walczy ze skoliozą, niekiedy bardzo poważną i źle rokującą. Nie zmarnowali tego czasu i wracają do domu ze znaczną poprawą osiągniętą dzięki włożonej intensywnej pracy.
A w poniedziałek rano znowu podjechał autobus, zapakowaliśmy się i podążyliśmy na północ, oddać dzieci stęsknionym rodzicom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)